Przeczytałem ostatnio pewien tekst o amerykanizmach wśród polskiej młodzieży. Jednym z nich było powiedzenie o zaliczaniu baz, lub bardziej skrótowo - po prostu o zaliczaniu.
Trochę się zdenerwowałem, bo takie szowinistyczne teksty nie są z pewnością dla kobiet. Jednocześnie pomyślałem, dlaczego to mężczyźni "zaliczają", a kobiety zaś są "zaliczane". Przecież gdy się kochają, to robią to razem, a nie jakby jedna strona miała to wszystko gdzieś.
Lecz to temat wypracowań dla przyszłych feministek, wpierdzielać się nie będę.
Polscy uczniowie jako zdolni i przedsiębiorczy ludzie rozwinęli myśl baz (z amerykańskiego baseballa) i tego mogę się tylko domyślać, nazwali bazy tak samo jak amerykanie.
Bazy są cztery, a dyktują one zupełnie nowy obraz jak ma się rozwijać znajomość chłopaka z dziewczyną, lub co bardziej obrzydliwe chłopaka z chłopakiem lub dziewczyny z dziewczyną. Użyłem słowa dyktują, ponieważ wynika z nich jasno jaki przebieg ma mieć znajomość pary. Od pierwszej bazy, czyli pierwszego pocałunku, aż do czwartej bazy, którą jest stosunek. O ile ani pocałunek, ani stosunek nie są jakoś wielce gorszącą sprawą (bez nich nie byłoby ludzi na świecie), o tyle sposób w jaki trzeba zacząć i skończyć ten bieg jest przerażający. Kto kiedykolwiek oglądał mecz, bądź chociaż film z baseballem w tle, wie, że zawodnik musi wybiec, zaliczyć po kolei wszystkie trzy bazy, by wreszcie wrócić do miejsca z którego wybiegł (czwartej bazy). Cóż za bezduszna jednowątkowość i liniowość.
Co gorsza, model zaliczania baz każe zawodnikom robić to szybko, by jak najszybciej dotrzeć dalej. Po co ta pogoń?! Artykuł sugeruje, że drugą i trzecią bazą są odpowiednio tzw. "macanko" oraz "seks oralny".
A co, jeśli można te bazy zaliczyć w inny sposób. Unieść się ponad świat ciał, miłości czysto fizycznej (gdyż wśród biegania jak najszybciej do kolejnej bazy trudno o trochę miłości duchowej).
Model jaki proponuję to zastąpienie wyłącznie cielesnych opisów miłości na te bardziej duchowe.
Zaczynając od końca: czwartą bazą to ślub, założenie rodziny (dwójka osób to też rodzina). Wychodzimy z rodziny i taką samą mamy założyć. Tak jak w sporcie pałkarze wybiegają i wracają w to samo miejsce.
Trzecią bazę stanowić powinny oświadczyny, bo potem już krótka i prosta droga powinna wieźć do ślubu.
Na miejscu drugiej bazy postawiłbym wyznanie miłości, najlepiej obopólne. Jest się wtedy już prawie w połowie drogi. Takie wyznanie powinno się stawiać często, najlepiej co dzień.
A od czego zacząć? Pierwsza baza jest mylna, ponieważ w ogóle nie od niej się startuje. Trzeba do niej dojść, dobiec, być może to zakochanie. Zakochanie, prawdziwe, we właściwej osobie. Zakochanie, a nie motylki w brzuchu, nie wzwód w spodniach, nie ślinienie się, nie sny o danej osobie, nie feromony czy jakiś nowy dezodorant Axe.
Jeśli musimy już coś z Amerykanów zrzynać, róbmy to przynajmniej z klasą i godnością, nie uwłaczając miłości. Czas na seks nadejdzie po ślubie :)

0 komentarze:
Prześlij komentarz